Dotychczas dwudziestolatkowie kojarzeni byli z wigorem, młodością, radością, możliwościami i energią. Czterdziestolatkowie zaś zwykle opisywani byli przez słowa pokroju: spokój, ustatkowanie, mądrość, doświadczenie, opanowanie... W drugim przypadku po pewnym czasie pojawiało się zjawisko, zwane kryzysem wieku średniego. Wtedy to na pozór dorośli ludzie zaczynają wariować, ich światopogląd jest przez chwilę zachwiany, priorytety ulegają przetasowaniu. I niby nic w tym dziwnego. Opisana zależność znana była od dawna, dużo osób zdążyło się już z nią pogodzić. Ale co mają do tego nastolatkowie? Czy może ich dopaść kryzys wieku młodzieńczego?
Po czterdziestce (wiem tylko z opowiadań i obserwacji) życie wygląda zupełnie inaczej. Dni są co raz krótsze, doby co raz szybciej płyną. 40 lat, to jest kawał czasu. Na tyle duży, żeby móc cieszyć się z życia wraz ze swoimi pełnoletnimi dziećmi, a na tyle mały, by cieszyć się ze zrealizowanych wszystkich marzeń i planów. I wtedy zaczyna się w głowie kocioł. Wielu ludzi - na pozór nieszczęśliwych, niespełnionych - szuka w tej sytuacji wyciszenia, odskoczni, odpoczynku. Znaleźć ją można w podróżach, zakupach, wakacjach za granicą, lub... drogiej biżuterii czy luksusowych autach.
Nie bez przyczyny przecież widząc dojrzałego, leciwego faceta w drogim, luksusowym czy sportowym aucie od razu nasuwają się stereotypowe i oklepane stwierdzenia. "Koleś próbuje oszukać czas", albo "oho, kolejny, który musi sobie coś udowadniać wielkością silnika czy auta"... I w ten sposób powstało stwierdzenie, że auto (w przypadku mężczyzn) jest przedłużeniem ich męskości. I niezależnie czy nas to śmieszy, pociesza czy denerwuje - jest w tych stwierdzeniach ziarnko prawdy.
Wracając do tezy, którą postawiłem na początku wpisu - kompleks 20-latka. Czy można powiedzieć, że takowy istnieje? A może to tylko moje wymysły?
W tym roku rynek został zalany (mało powiedziane... zatopiony!) masą urządzeń zwanych phabletami, dużymi smartfonami, patelniami etc. I niby nic w tym dziwnego, bo ludzie od zawsze mieli do nich dostęp. Kilkanaście miesięcy temu były do wyboru : Xperia Z Ultra, HTC One Max i Galaxy Note 2 czy już nawet może i Note 3... I ludzie je kupowali! Czyli coś w tym jednak było i okazało się, że ta nisza to w sumie bardzo prężnie rozwijająca się część rynku mobilnego.
I w ten sposób pomyślało Oppo, Sony, LG, OnePlus, Xiaomi, Huawei, Nokia, Prestigio, Lenovo, Apple, Motorola... I każdy z nich wpuścił na rynek swoje urządzenie, które gabarytami i wielkością ekranu znacząco odbiega od wcześniej akceptowalnych standardów. I w ten sposób zostaliśmy zatopieni masą urządzeń z ekranami o przekątnych 5,5" (1, 2, 3, 4, 5) i więcej (o zgrozo!). Niby nic w tym dziwnego, bo każdy zdrowo myślący przedsiębiorca wykorzystałby tę sytuację w ten sam sposób, chcąc uszczknąć trochę tortu dla siebie. Wszystko jest zrozumiałe, ale w tej pogoni wyżej wymienieni producenci zapomnieli o korzeniach. O urządzeniach, które można bezproblemowo obsługiwać jedną ręką (w przypadku kobiet i mężczyzn i dzieci).
Oczywiście można spotkać się w tym momencie z zarzutami, że jak się ma "kobiece dłonie" to nie powinno się w ogóle wychodzić z kuchni, albo trzymać takiego urządzenia w ręku. Albo można kupić (bardzo popularne w portfolio Samsunga i ostatnio LG) wersję mini, mniejszą, bardziej zaawansowaną (z tłumaczenia angielskiego ;) ), albo nowszą. Niby fajnie, ale wiąże się to z powrotem do 2013 pod względem pozostałych parametrów (idących w parze z małą przekątną wyświetlacza). I w ten sposób chcąc kupić mniejszego flagowca możemy dostać LG G3s, Samsunga S5 mini, S3 Neo, S Advance, LG G3 Stylus i inne tego typu urządzenia, które z flagowcami mają zwykle wspólną nazwę (do pewnego momentu) i design.
I te frustracje niby nie miałyby sensu, gdyby każdy kupował to, co mu potrzebne. Jednak nieraz łapię się na tym, że i ja ulegam słabościom i próbuję wmówić komuś, że moja racja jest naj (tyczy się mniejszych przekątnych i rozdzielczości)... I w ten sposób czytając komentarze na komórkomanii jestem w stanie wysnuć wniosek, że istnieje coś takiego jak kompleks dwudziestolatka. Czym się on objawia? Chęcią bycia na czasie, posiadania urządzenia premium (albo wyglądającego jak flagowiec), najlepiej z dużym ekranem i najlepszymi podzespołami. 2GB RAM?! Przecież to krok w tył, w każdym urządzeniu powinno być już 3, jak nie 4 GB! Do tego przynajmniej 4 rdzenie, ale najlepiej 8 i małe ramki! Do tego koniecznie głośniki stereo, czytnik linii papilarnych, dwa aparaty co najmniej 8 Mpix, wymiennym akumulatorem, aluminiową obudową itd...
Czyli w tym wszystkim najważniejsze są cyferki. I to nie te z dolnego przedziału. Muszą być jak największe. Nieważne czy tego potrzebujemy, czy też nie. Muszą być i tyle! I jeśli w przypadku 40-latków jest to zrozumiałe, bo swoją młodość przepracowali lub umknęła im w czasie, gdy poświęcali się wychowywaniu dzieci i rodzinie, o tyle w wieku 20 lat raczej ciężko znaleźć wytłumaczenie na chęć posiadania. Dojrzały facet chce jeszcze coś udowodnić i sobie i pięknym niewiastom, przejeżdżając koło nich wypasioną furą. A młodzieniec z 6-calowym kaflem w ręku? Może to chęć szpanowania przed kolegami/koleżankami. Może podbudowanie własnego ego? Tylko po co w tym wszystkim ta chora pogoń za modą i udowadnianie na siłę innym, że im większe/droższe, tym lepsze?