Złodziej i kłamca, czyli smartfon w życiu pisarza

Jestem pisarzem, a więc kłamcą i złodziejem. Czego nie zmyślę, muszę ukraść. Smartfon jest do tego celu idealnym narzędziem.

Złodziej i kłamca, czyli smartfon w życiu pisarza 1

Michał R. Wiśniewski (1979) – publicysta, redaktor naczelny magazynów upadłych „Kawaii” i „Anime+”, popularyzator japońskiej popkultury i fantastyki w Polsce. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, w magazynach „Pulp, „Nowa Fantastyka”, „Kmag”, „Arigato”, portalu next.gazeta.pl, a także w książkach Bond. Leksykon, Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej i Berlin – Pascal Lajt. Prowadzi blogi: Pattern Recognition (mrw.blox.pl) oraz jetlag.com.pl

W lipcu 2014 roku ukazał się „Jetlag”, moja debiutancka powieść o współczesnych trzydziestolatkach. Nie wiem czy by powstała, gdybym nie miał inteligentnej komórki. Książki oczywiście nie da się napisać na smartfonie (chyba, że jest to powieść twitterowa, jaką stworzył niedawno znany z „Atlasu Chmur” David Mitchell). Sam żmudny proces pisania, takiego czystego przelewania słów na papier (tzn. do dokumentu Worda), w moim przypadku odbył się na maszynie do pisania – wielkim, ciężkim laptopie z dużym ekranem, stojącym na biurku w pracowni na poddaszu. Sprawdził się rytuał przykucia do miejsca, oderwania od innych zajęć – na komputerze nie było nic poza przeglądarką internetową i edytorem tekstu, żadnych czasochłonnych gier i innych rozpraszaczy.

Ale pisanie książki to nie tylko stukanie w klawiaturę. Praca nad nią zaczyna się dużo wcześniej. Przejrzałem właśnie aplikację „Notatki”. 28 czerwca 2013 roku o godzinie 23:42 zrobiłem zapisek o treści „1000 gier w sapera”.

1000 gier w sapera

Złodziej i kłamca, czyli smartfon w życiu pisarza 2

To jedna z wielu takich tajemniczych notatek, które uzbierałem podczas pracy nad „Jetlagiem”. To konkretne zdanie wstukałem delikatnie naciskając wirtualne klawisze ekranowej klawiatury po tym, jak w nocnym autobusie podsłuchałem historię człowieka, opowiadającego znajomym o swojej magisterskiej prokastrynacji. Nie dość, że grał zamiast pisać, to jeszcze prowadził statystyki. Wykorzystałem ten zapisek kilka miesięcy później, tworząc na potrzeby mojej powieści postać dziennikarza. Aby ubarwić i ożywić bohatera, opisałem jak zabija nudę dyżuru windowsową gierką i „nie wie, że w życiu zagrał w Sapera ponad 9 tysięcy razy. To jakiś miesiąc życia zmarnowany na głupią grę”. To tylko jedno zdanie, ale żeby je napisać, musiałem się znaleźć w tamtym autobusie około 23:40.

Konserwatyści (i hipsterzy) nie robią notatek w smartfonach, tylko w kultowych notesach marki moleskin. Pewnie, jest coś arcyprzyjemnego i magicznego w atramencie wsiąkającym w papier, a w tarciu pióra o powierzchnię można wręcz usłyszeć szmer przelewających się w celulozową papkę myśli. To cały rytuał – wyjąć notes, pióro, otworzyć, westchnąć głęboko dumając nad głębią swoich przemyśleń – i zapisać. To nie dla mnie.

Wprawdzie umiem pisać ręcznie i nawet to potem odczytać, ale od 1989 roku, kiedy dostałem pierwszy komputer, wolę stukać w klawiaturę. Dziesięć lat później zacząłem pisać za pieniądze, próbowałem wtedy do notowania myśli używać dyktafonu – tak jak na filmach! – ale w ogóle nie zdało to egzaminu. Myśl wypowiedziana na głos gubiła się, dochodziła dodatkowa warstwa zawodnego interfejsu głosowego, jakże odległa od subtelnego połączenia umysłu z ręką. Później, zanim jeszcze nadeszła smarfonowa rewolucja, zadowalałem się Palmem Zire. Nie powiem o nim złego słowa, ale nie ma porównania – możliwości, ergonomii, totalności zastosowania.

No i jakbym wyglądał 28 czerwca 2013 roku o godzinie 23:42 podsłuchując obcych ludzi z notesem albo dyktafonem w ręku? To szpiegowska robota, a nie ma dziś lepszego szpiegowskiego sprzętu niż smarfon. Spójrz na tego kolesia z telefonem w ręku, który siedzi naprzeciwko w metrze. Co robi? Gra w grę? Wysyła sms-a? Komentuje na fejsie? Sprawdza listę zakupów? A może robi ci zdjęcie ukradkiem, kto wie, może zebrał już całą kolekcję fotek obcych ludzi, którzy posłużą mu za inspirację w pisaniu kolejnych powieści, może będzie oglądał te zdjęcia próbując zgadnąć, jaka opowieść kryje się za każdą z nieznajomych postaci, usiłując odtworzyć ich historię niczym Sherlock Holmes, ze szczegółów ubioru i akcesoriów (spójrz na tego chłopaka, ubranego w komplecik z katalogu H&M, który do lansiarskiego chlebaka przypiął sobie tanią pamiątkę z tureckich wakacji, widać, że to plastikowe gówno dużo dla niego znaczy, pewnie zabrał na tę wycieczkę mamę, która nigdy nie była zagranicą, w podzięce za lata samotnego wychowywania syna i poświęceń).

Ale jak wspomniałem, jestem nie tylko złodziejem, ale i kłamcą. Cybernetyczny notes pełen mam zatem zdań, fraz i całych akapitów, które wpadły mi do głowy, kiedy nieobecnym wzrokiem śledziłem świat za oknem. Słowa wpadają znienacka, nie wtedy, kiedy na nie czekasz, tylko w zatłoczonym tramwaju, gdy masz wolną tylko jedną rękę, już widzę ten taniec z notesem! Miejsce moleskina jest w hipsterskiej knajpce, przy ciasnym stoliku zastawionym kawą i ciastkiem z dziurką, gdzie można przez okno obserwować przepływający tłum, ewentualnie podsłuchać, o czym mówią inni bawiący się w pisarzy hipsterzy. Ale czy z takich pogaduszek można ulepić kaloryczną prozę? To pytanie retoryczne, oczywiście, że nie można. Jeśli chce się pisać o ludziach, trzeba wyjść do ludzi i poznać ludzi.

Żyję w zaawansowanej technologicznie przyszłości

Złodziej i kłamca, czyli smartfon w życiu pisarza 3
Humanoid robot headed man © http://www.shutterstock.com/

Z chwilą, gdy wbiłem ostatnią kropkę i tryumfalnie nacisnąłem CTRL+S, praca nad książką dopiero się zaczynała. Redakcja, korekta, recenzje, telekonferencje; decyzje, konsultacje, poprawki. Im bliżej premiery, tym więcej maili krążyło między mną a wydawcą. Jednego z nich odebrałem w Berlinie, gdy piłem kawę w knajpce przy Alexanderplatz, czekając na wieczorny koncert. Do maila załączony był plik PDF z podglądem złożonej książki i pytaniem o akceptację pewnych rozwiązań typograficznych. Dzięki smartfonowi mogłem od razu go przejrzeć i odpisać – moja wycieczka nie spowodowała zatoru w procesie wydawniczym. Dopiero po jakimś czasie, gdy pisałem artykuł z okazji trzydziestolecia cyberpunkowej powieści „Neuromancer” Williama Gibsona, dotarło do mnie, w jakiej zaawansowanej technologicznie przyszłości żyję i jak bez mrugnięcia okiem przyjmuję te wszystkie cyfrowe dobrodziejstwa. Nie mówię już o rewolucji DTP, która odesłała do lamusa wszystkie analogowe procesy drukarskie, o których w latach 80. czytałem w komiksie o Tytusie, ale jak bardzo się to zmieniło w ciągu ostatnich kilku lat. Sytuacja z berlińskiej kafejki była niewyobrażalna w roku 1984, gdy Gibson wydał swoją powieść, ale przecież i w 2004 cud mobilnego internetu był w powijakach. A tu – cała książka, w komórce, zagranicą. Szok przyszłości.

Powieść trzeba wymyślić, napisać i wydać, ale to wciąż nie koniec drogi. W dzisiejszych czasach pisarz musi być aktywny, ogarniać bloga, fejsbuka i twittera. W ramach eksperymentu założyłem konto w serwisie ask.fm, który ma sławę strony dla gimbazy, ale okazał się bardzo fajnym narzędziem promocji. Ask.fm umożliwia czytelnikom zadawanie anonimowych pytań, a mi – umieszczanie na nie odpowiedzi. Dzięki wygodniej aplikacji na komórce mogę to robić w chwilach, w których i tak nie robiłbym niczego ważniejszego.

Powieść w smartfonowej formie

Ale smartfonowa rewolucja objawiła się z jeszcze jednej, przyznam, nieoczekiwanej dla mnie strony. W jednej z pierwszych recenzji, jeszcze nie w prasie, tylko na blogu, znalazłem świadectwo czasów. Autor opisał jak w dniu premiery „Jetlaga” dostał via kanał RSS mojego bloga informację o dostępności e-booka, kupił i oczekując na znajomych zaczął czytać na komórce, planując później dokończyć na tablecie. Ale okazało się, że moją książkę doskonale czyta się właśnie na ekranie smartfona.

Złodziej i kłamca, czyli smartfon w życiu pisarza 4

Podobną opinię usłyszałem jeszcze od kilku osób. Sam na to nie wpadłem, chociaż to było oczywiste – przecież wciąż przeglądałem podglądy wydruku na małym ekranie mojej komórki. Trochę nieświadomie, a trochę ukształtowany przez to, kim do tej pory byłem, stworzyłem powieść w nowoczesnej, komórkowej formie. Rozdziały „Jetlaga” są krótkie, niektórzy doszukują się ich źródeł w blogu. To prawda, książkę napisałem podobnym stylem, którym pisałem bloga: zwięzłym, ale bogatym i gęstym. Ale – paradoks! – ów styl wypracowałem pisząc do prasy papierowej, gdzie trzeba było opanować trudną sztukę przekazywania treści w warunkach ograniczonej objętości. To internet jest workiem bez dna, gdzie na sucho uchodzi dowolne wodolejstwo; widać to zwłaszcza na blogach i Facebooku. Ten proces udanego przejścia z ciasnej przestrzeni papieru w ciasną przestrzeń ekranu komórki pokazuje, że cyfrowa rewolucja wbrew pesymistom wcale nie musi oznaczać upadku kultury piśmienniczej. Wręcz przeciwnie – ona dopiero teraz rozkwitnie na dobre!


Jakiś czas temu zacząłem pracę nad kolejną książką. Na spacerze wpadłem na znakomity pomysł, którego mógłbym użyć w otwarciu. Wyjąłem komórkę, żeby zrobić notatkę i pomyślałem sobie, że to będzie fajna anegdota zakończenie dla tego tekstu. I z tego zadowolenia zapomniałem jej zrobić, a potem pomysł zupełnie wyleciał mi z głowy. Cóż, może żyjemy w cyberpunku, ale wciąż najbardziej zawodnym elementem tej konstrukcji jest człowiek.

Materiał powstał we współpracy z:

Złodziej i kłamca, czyli smartfon w życiu pisarza 5
Wybrane dla Ciebie
MOŻE JESZCZE JEDEN ARTYKUŁ? ZOBACZ CO POLECAMY